RSS
poniedziałek, 24 maja 2010
Ciało obce

Rafał A. Ziemkiewicz "Ciało Obce", wyd. Świat Książki

Z powodu szczęśliwego zbiegu okoliczności – sporej dawki wolnego czasu wieczorami i niewielkiej ilości dostępnych książek – czytam ostatnio co popadnie. Podróże kształcą, jak głosi stara mądrośc ludowa.

A teraz zagadka. Co robi młody, ideowy, polski prawicowiec, który przeżywa podwójny dramat: dowiaduje się, że jego ojciec – znany opozycyjny pisarz – był tajnym współpracownikiem SB, a jego prawicowe pisemko bankrutuje? Gdzieś w przerwach między imprezami, chlaniem, chałturzeniem, płodzeniem dziecka, zostaje pierwszym w Polsce wybitnym specjalistą od zarządzania. Pisemko oczywiście bankrutuje, nie dlatego że jest źle zarządzane, tylko dlatego, że rząd dusz w kraju trzyma Gazeta Wyborcza, czyli generacja jego ojca (patrz dwa zdania wyżej o ojcu). Zagadka numer dwa: co robi wybitny specjalista od zarządzania, kiedy nie może się spełnić się w małżeństwie? Oczywiście zdradza żonę i, jakże by inaczej, przyznaje się do zdrady. Kiedy zdradzona żona postanawia odejść, akcja nabiera tempa. Przerwy w piciu stają się coraz rzadsze, bohater kupuje nowy apartament, jest stałym klientem trzech agencji towarzyskich, żeby nie zostać wziętym za seksoholika (cytuję). Do tego trzeba jednak portfela pełnego twardej waluty. Co robi nasz wybitny specjalista od zarządzania? Przyjmuje zlecenie na audyt w Holdingu doktora Hansa, najbogatszego Polaka. Hola, hola! Doktor Hans uosabia przecież wszelkie zło III RP, które bohater piętnował niegdyś w swojej gazetce. Czy dzielny doktor nauk ekonomicznych zdoła przechytrzyć samego diabła który, jak wiemy z Mickiewicza, niemieckie nosi imię?

Szczerze mówiąc, nie.

Powieść Ziemkiewicza od publicystyki różni przede wszystkim zawartość pornografii. W publicystyce nie ma jej wcale, a szkoda. Śmiesznie byłoby przeczytać na łamach Rzeczpospolitej albo Gazety Polskiej raport o tygodniowych przygotowaniach do stosunku sado-maso, albo o pożytkach płynących ze spuszczania się w usta uwag kilka.

Bohater i narrator powieści R.A. Ziemkiewicza siedzi w pociągu relacji Warszawa Centralna – Suwałki, pije wódkę i opowiada. Dlaczego akurat w tym pociągu? Bo od Białegostoku wlecze się jako osobowy, czasu w sam raz na krótką powieść. Strach pomyśleć co będzie, jak Rafał A. Ziemkiewicz wsiądzie do pociągu relacji Przemyśl – Świnoujście.

sobota, 31 października 2009
Czekając na Turka w Krakowie

Granica polsko – słowacka. Ławka, zardzewiały szlaban, sklep z wódką i piwem mieszczący się w stalowej budce. W takiej scenerii rozgrywa się komediodramat Andrzeja Stasiuka „Czekając na Turka” (reż. Mikołaj Grabowski), napisany w ramach programu „After the Fall”. Bohaterami są:  stary, emerytowany pogranicznik (tęskniący za Polską Ludową), który nie może pogodzić się z otwarciem granic i nowy strażnik („młody, dynamiczny”, pracujący wcześniej w mitycznym Londynie)   zatrudniony przez tytułowego Turka – tajemniczego biznesmena, który wykupił ów teren, na którym dawniej znajdowało się przejście graniczne. W tle mamy jeszcze sprzedawczynię w sklepie z alkoholem po słowackiej stronie, która w tradycyjny sposób marzy o „wyrwaniu się stąd” i chór „emerytowanych przemytników”, którzy od czasu do czasu biorą udział w akcji, ale najczęściej w niezwykle dowcipny sposób komentują wydarzenia, niczym chór w antycznym teatrze.

Wielbiciele Stasiuka odnajdą w tej sztuce znane tropy. Widzowie, którzy jego twórczości nie znają, dostaną przekaz, który różni się bardzo od urzędowego optymizmu. Świat starego pogranicznika był może siermiężny, ale szlaban graniczny nadawał mu ramy i wyznaczał porządek, który mogli łamać przemytnicy i na którym zarabiała sprzedawczyni alkoholu. Młodzi przeciwstawiają temu dość ogólnikową wizję pod tytułem „by coś tu się wreszcie zmieniło”, ale nie mają żadnego pomysłu, czekając jedynie na tajemniczego Turka jak na Boga. Marzenia są banalne. Młody strażnik opowiada sprzedawczyni ze sklepu z wódką, że Londyn jest jak niekończący się film. – A kim ja mogłabym być w tym filmie – rozmarza się kobieta. – Ano – sprzedawczynią w sklepie z wódką! Jest jeszcze wiele zabawnych dialogów, jak choćby dyskusja przemytników o mniejszościach narodowych. Obudzona tą wrzawą słowacka sprzedawczyni krzyczy do nich: a co wy od rana o tych Żydach?. Przemytnicy chórem: jesteśmy Polakami, królowo naszych marzeń!

Wśród wielu utworów artystycznych roszczących sobie prawo do oceny tak zwanej „polskiej rzeczywistości” po 1989, utwór Stasiuka wyróżnia się lekkością, dystansem i ironicznym poczuciem humoru, wyrażanym z perspektywy „sierot po Schengen, których życie jest warte tyle, co towar bez cła” – jak mówią o sobie przemytnicy. Stasiuk nie kryje swojej sympatii dla nich, przy jednoczesnym lekceważeniu kryształowego pałacu Europy Zachodniej (nuda i jeszcze raz nuda), co rozzłościło np. krytyków Gazety Wyborczej http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53581,6777479,Hit__Teatr_Dramatyczny_w_Warszawie___Smierc_i_dziewczyna_.html

Jeśli red. Derkaczew pisze, że spektakl niepostępowy, tym bardziej warto go zobaczyć. Nie tylko dla miłośników środkowoeuropejskiego spleenu.

A. Stasiuk "Czekając na Turka" reż. Mikołaj Grabowski, Teatr Stary w Krakowie

 

sobota, 14 lutego 2009
Kino Valentino

Polska premiera „My blueberry nights” Wong Kar-Waia zbiegła się z walentynkowym weekendem. Chciałbym żeby był to dowód na niezwykłą odwagę rodzimych dystrybutorów, choć bardziej wierzę w przypadek. Cieszmy się jednak i z takich przypadków. Kiedy głos zabiera reżyser, który na festiwalu w Cannes ma już chyba zagwarantowane miejsce dożywotnio, trudno przejść obojętnie. Powiedzieć, że Kar-Wai stworzył niepowtarzalny i wyrazisty styl narracji, to popaść w małpi trywializm. Ogłosić, że w każdym filmie wyczuć można – niczym firmowy stempel – niewidzialną rękę reżysera, to, przepraszam za wyrażenie, oczywista oczywistość. Wong Kar-Wai zbudował coś znacznie ciekawszego i przekraczającego wąskie ramy sztuki filmowej – stworzył samego siebie. Genialnego artystę z Hongkongu, rozpieszczanego przez krytykę i ubóstwianego przez liczną grupę wiernych fanów, którzy wielbią go za to, że w jego filmach odnajdują zawsze tę samą nutę.

Nie jestem ani wielbicielem Wonga, ani też zajadłym krytykiem. Ponieważ miałem okazję zobaczyć „Jagodową Miłość” znacznie wcześniej, chciałbym zachęcić do jej obejrzenia, pomimo polskiego tytułu sugerującego łzawą komedię romantyczną w stylu kino Valentino.  Niech też nikogo nie przeraża Norah Jones w roli głównej. Na przystawkę są jeszcze Natalie Portman (jak zwykle boska) i Jude Law. Bohaterka grana przez Jones, załamana z powodu miłosnego zawodu, odwiedza małą knajpkę w NYC, gdzie przegaduje długie godziny z barmanem (Law). Później wyjeżdża na głęboką prowincję, by pracować jako barmanka, poznaje policjanta-alkoholika, oraz nałogową hazardzistkę. Jest to film nie tyle o miłości, co o dojrzewaniu i pozbywaniu się iluzji. Niespodzianką jest to, że reżyser postanowił zagrać na obcym boisku i nakręcił film w realiach USA. W przeciwieństwie do malowniczych zaułków ciasnego Hong Kongu (które były osobnym bohaterem, choćby „Spragnionych miłości”), Ameryka kusi wielkimi przestrzeniami i elementy kina drogi również musiały znaleźć się w tym filmie. Wreszcie, reżyser postawił na względną prostotę narracji i ograniczył do niezbędnego minimum użycie symboli (zaginione klucze, które zbiera barman Law). Jednym słowem nakręcił film „po bożemu”, na nieprosty temat, gdzie łatwiej niż zwykle o patos lub śmieszność. I po mistrzowsku ich unika. Wielbiciele Wong Kar-Waia będą być może lekko rozczarowani, ci zaś, którzy do tego grona nie należą powinni sięgnąć po ten film, gdyż zniechęcony reżyser zapewne bardzo szybko powróci do tego, za co jest wielbiony – czyli do bycia Wong Kar-Waiem.     

19:26, jakub_krakauer
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 sierpnia 2008
Studenckie podróże kulinarne - Dżonka

Przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie dziennikarze próbowali wcielać w życie rozmaite utopijne pomysły, na przykład  przeżyć dzień bez używania przedmiotów wyprodukowanych w Chinach. Oczywiście zamiary spaliły na panewce. Zastanawie mnie tylko dlaczego, w zalewie importowanej chińszczyzny, tak trudno o przyzwoitą, oryginalną knajpkę chińską w Warszawie? Co się stało, że przygniatająca większość orientalnych lokali w Stolicy smakuje, jakby ich właściciele byli w zbiorowym układzie z producentami przypraw pt. „5 smaków”?  

Miałem ochotę na chińszczyznę już od dawna, ale to pragnienie wykrystalizowało się podczas spaceru ulicą Hożą. Niewielki, ale przytulny lokal „Dżonka” znajduje się niedaleko skrzyżowania z Marszałkowską. Zaledwie kilka stolików, brak kiczowatych obrazków malowanych na szkle i szerokich luster. Za to na ścianach duże grafiki prezentujące litery chińskiego alfabetu, a tuż przy wejściu oprawione w antyramę kopie artykułów prasowych, sławiących tutejszą kuchnię. Co oczywiste, nie należy się spodziewać kulinarnych Himalajów, ale w kategorii „niedroga, bezpretensjonalna restauracja”, Dżonka jest moim nowym czarnym koniem.

Skosztowałem „Spring Rolls” z warzywami, czyli po prostu zawijasów z ciasta naleśnikowego, w sam raz na ujarzmienie pierwszego głodu. Zresztą, bardzo szybko pojawia się danie główne: ryba po syczuańsku. W bardzo cienkim cieście, rozpływająca się w ustach, a nie pod widelcem, czyli taka, jak Pan Bóg przykazał. Ryba pływała w sosie, któremu należy się osobna elegia. Gęsty, choć nie znać w nim było żadnych zagęszczaczy, smoliście czarny i lekko słodkawy. Aby otrzymać taki sos bez chadzania na skróty, trzeba go odpowiednio długo redukować na wolnym ogniu. Efekt doskonały. Wszystko popiłem mrożoną zieloną herbatą własnej roboty i tak pokrzepiony z większym optymizmem ruszyłem przedzierać się przez sowiecko-monumentalne ulice MDM.

Nareszcie lokal, do którego można bez wyrzutów sumienia, ale też nie rujnując sobie portfela, zaprosić towarzysza/towarzyszkę, gustujących w azjatyckiej kuchni. To dla mnie wyjątkowo cenna wiadomość na nadchodzący miesiąc.   

15:08, jakub_krakauer
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 sierpnia 2008
O Powstaniu bez zmian

Nie ma rady. Muszę powtórzyć wpis sprzed dokładnie roku. A właściwie fragment wiersza Ewy Lipskiej. Nikt nie opisał zwięźlej i lepiej (bo zwięźle) istoty Powstania Warszawskiego.

"Był już taki egzamin z historii
kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali.
I został po nich uroczysty cmentarz.

Nie ma pewności że to był egzamin.
Nie ma pewności że wszyscy oblali.
Jest pewność że został po nich uroczysty cmentarz."  

 

22:43, jakub_krakauer
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 lipca 2008
Drożyzna panuje w Warszawie

Wbrew zapewnieniom polityków partii populistycznych, w Polsce mamy do czynienia ze wzrostem inflacji, ale nie z „drożyzną”.  Z jednym wyjątkiem – Warszawy. Według raportu firmy Mercer (podaję za „Dziennikiem”) stolica Polski zajęła 37 miejsce w rankingu najdroższych miast świata, dystansując  - chociaż w tej jednej dziedzinie – Sztokholm, Luksemburg i Brukselę. Pal licho mocną złotówkę. Według twórców raportu za obiad z winem w restauracji w Brukseli zapłacimy 8 euro, podczas gdy w Warszawie 15, to prawie dwa razy więcej. Najsmutniejsze w całej sprawie jest to, że na różnicę ceny nie wpływa osłabienie euro, tylko horrendalnie wysokie ceny wina.

Polska nie należy do cywilizacji winorośli i z wypada się z tym pogodzić, choć z ciężkim sercem. Wypicie dobrej butelki w restauracji w Warszawie jest zabójcze dla portfela przeciętnego obywatela i trudno się dziwić, że kompanie piwowarskie trzymają się mocno. Niskie obroty importerzy i sprzedawcy detaliczni wetują sobie wyższymi marżami. Przy okazji państwo pobiera też niezłe podatki (według szerokiej definicji tego słowa), ponieważ chce chronić rodzimych producentów napojów wyskokowych. A klienci boją się ryzykować sporych pieniędzy na butelkę wina i koło się zamyka.

Niestety to nie wszystko. Z powodu ograniczonego popytu na wino restauratorzy windują ceny i przenoszą je na „wyższą półkę”, robią z niego towar luksusowy. Dla tych nielicznych klientów, którym największą przyjemność sprawia położenie na stół plastikowej karty w kolorze złota. Mniejsza o wino, im droższe, tym lepsze. Mam wrażenie, że powyższy mechanizm stosuje się nie tylko do wina, ale w ogóle do wielu restauracji w stolicy. Na szczęście wybór restauracji jest większy niż win i nie widmo modelu moskiewskiego – gdzie jest przepaść pomiędzy drogimi lokalami dla oligarchów i resztą – powoli się oddala. Niestety, do Brukseli wciąż daleko.

  
21:33, jakub_krakauer
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 maja 2008
Charków story

Czy ktoś z Was, drodzy czytelnicy, marzył kiedykolwiek, by wybrać się na wakacje do Doniecka? Wziąć długi urlop i pewnego słonecznego, lipcowego poranka zawitać do obskurnego hotelu w Charkowie i wynająć tam pokój płacąc za cały miesiąc z góry, po czym rozkoszować się spacerami i podróżami „podmiejskim” o piątej nad ranem, kiedy po peronie kręcą się tylko grzybiarze i milicjanci?

Jeśli nie, to z pewnością dlatego, że nigdy w życiu nie mieliście w rękach książki Serhija Żadana. W jednym z pierwszych akapitów tak streszcza genezę powstania „Anarchy in the UKR”: „Mniej więcej rok temu w jakimś wywiadzie powiedziałem, że chcę napisać książkę o anarchizmie. Teraz już nie pamiętam, czemu tak powiedziałem, żadnej ochoty, by pisać taką książkę, wtedy nie miałem, no, ale to jeszcze nie jest powód, żeby nie pisać.”  Podróż tropami dawnych ukraińskich anarchokomunistów jest istotnie jedynie pretekstem, by wyśpiewać tren ku pamięci swojej młodości, w tych pamiętnych latach osiemdziesiątych. Nie ma tu tradycyjnego lamentowania na biedę, na traumę Czarnobyla, są za to prowokacyjne sformułowania w rodzaju „Radziecka propaganda wykształciła we mnie miłość do życia”. I tę miłość do życia, do utraconej młodości w latach osiemdziesiątych, kiedy wszystko było jasne i przejrzyste, ludzie silni i odważni, a mętne piwo kupowało się litrami w polietylenowych torebkach, ją właśnie próbuje nam Żadan przekazać.

Zdaniami długimi jak postoje ukraińskich pociągów na stacjach, chce wprowadzić nas w hipnotyczny stan podobny do tego, jaki musiał odczuwać przemierzając na bocznym siedzeniu ciężarówki swojego ojca gorące, wschodnioukraińskie stepy. Zapach spalin, taniej stołówki dla kierowców, palonej gumy… Cała książka najeżona jest precyzyjnymi opisami sensualnych doznań autora, który potrafi o nich pisać z większą czułością, niż o najwspanialszych zabytkach starożytnych cywilizacji. Przy czym, jak w wielu jego książkach, liryczne opisy i niebanalne metafory, przeplatane są krótkimi, ironicznymi uwagami, pisanymi z użyciem mocnego, czasem wulgarnego języka. Grając na przemian w tych dwóch tonacjach ma jednak, jako anarchista (były anarchista?), tendencję do prowokacyjnego, bezkompromisowego stawiania sprawy: „… nie dawaj im się robić w chuja, nie podłączaj się do sieci, nie chodź na wybory, nie wspieraj demokracji, nie bywaj na mityngach, nie wstępuj do partii, nie sprzedawaj swego głosu socjaldemokratom, nie wdawaj się w dyskusje o parlamencie, nie mów o prezydencie – mój prezydent…”. Ten prawie trzystronicowy monolog można by uczynić anarchistycznym credo, niestety nie da się go zacytować w całości (niezły jest też kawałek o rewolucji studentów spowodowanej wprowadzeniem talonów na makaron).

Krytyka współczesnej demokracji i jawna tęsknota za młodością w ZSRR, czyżby zatem rodzaj sowieckiej, zdegenerowanej „Ostalgii”?

To jednak zbyt duże uproszczenie. Żadan niczego nie potrafi potraktować poważnie, nawet własnych marzeń o rewolucji. Największą wartością „Anarchy in the UKR” jest umiejętność zmitologizowania nawet tak w gruncie rzeczy odrażającej krainy, jaką musiała być w latach 80 wschodnia, przemysłowa Ukraina. To krajobraz, o jakim musieli marzyć punkowi buntownicy w Wielkiej Brytanii. Nie ma czego rozpieprzyć, bo wszystko zostało rozpieprzone. Jest jakiś prezydent, ale nikt o nim nie mówi – mój, ktoś rządzi, ale nikt tego zbytnio nie odczuwa, jest propaganda, ale wydaje się jakaś swojska i zabawna. Ludzie nie przejmują się tym za bardzo, biorą z życia najlepsze kawałki, takie jak literatura i alkohol, mecze piłkarskie i niekończące się stypy i wesela. Prawda to, czy fałsz? A kto by się tym przejmował. Ważne jest, że Żadanowi chce się wierzyć, a kto nie wierzy, temu przysłowiowy charkowski Szewa pokaże „twardy, proletariacki fuck”       

Serhij Żadan „Anarchy in the UKR”, Czarne 2007
14:36, jakub_krakauer
Link Komentarze (1) »
piątek, 29 lutego 2008
Co widać z Portierni?

„Mam w sobie wirusa, który pozwala mi przeżyć” mówi Ewa Wójciak w finale  „Portierni”. Owego wirusa radziłbym sobie wszczepić jeszcze przed wejściem na widownię – spektakl złożony z bardzo sugestywnych i często ironiczno-sarkastycznych scen długo nie pozwala o sobie zapomnieć i niewątpliwie mocno utrudnia życie.

Na wstępie wita nas hipnotyzująca muzyka techno i selekcjoner, ubrany jak badylarz, ostrzegając, że do środka wejdą tylko nieliczni. Przepustka do świata spokoju i bogactwa. Wchodziliśmy tam sukcesywnie od momentu upadku muru berlińskiego, teraz możemy odetchnąć spokojnie, po wejściu do strefy Schengen chronią nas podwojone kordony straży granicznej. Kto został po drugiej stronie? Żona strażaka z Czarnobyla, wygłaszająca przejmujący monolog zza prześwitującej ceraty, w egipskich ciemnościach, jedynie punktowy reflektor dający matowe światło skupiony jest na niej, dwóch osobników w kombinezonach polewa ją wodą z sikawek, jakby przed wejściem za barierkę musiała zostać obmyta z grzechu nędzy, grozę potęguje jeszcze wisząca lampa żywcem wyjęta z obozu koncentracyjnego. I tak już zostanie do końca: niepokojąca sceneria, gra światłem i dźwiękiem i przede wszystkim gra z widzem. A raczej jedno wielkie oskarżenie.

Pojawia się jeszcze chłopak z Czeczenii, który widział, jak rozjeżdżano ludzi pojazdami opancerzonymi, archeolog z byłej Jugosławii starający się odnaleźć wszystkie szczątki zaginionych w czasie wojny, nie trzeba dodawać, że jego starania są skazane na porażkę, niczym walka z wiatrakami. Mężczyzna tracący pracę po 25 latach i podkradający córce pastę do zębów, podczas gdy politycy kręcą się, mizdrzą do siebie i wydobywają z ust masy nadętych, mało zrozumiałych (dla laików) słów. Łatwizna? Schematyczne zestawienie? Owszem, ale nie w przenikliwości intelektualnej tkwi główna siła „Portierni”.

Aktorzy „Ósemek” jakby chcieli krzyknąć do nas: obudźmy się! Popadamy w stan samozadowolenia, z wyższością traktujemy tych, którzy po upadku komunizmu nie poradzili sobie, a także tych, którzy pozostali poza granicami „krainy dobrobytu”. Tymczasem nasz dobrobyt jest jeszcze bardzo powierzchowny, luksus – tandetny, klasa polityczna chamska i próżniacza, a demokracja niedojrzała. Jedyne na co nas stać, to powtarzanie, niczym magicznych zaklęć, formułek importowanych z amerykańskich poradników „jak odnieść sukces”: jestem zadowolony ze swojej pracy, jestem lubiany i doceniany etc. Na szczęście w rzeczywistości nie jest aż tak źle, warto jednak czasem stanąć z boku i krytycznie spojrzeć na swoje „dokonania”, ten spektakl daje ku temu doskonałą okazję.   

"Portiernia" Teatr Ósmego Dnia, Poznań

17:18, jakub_krakauer
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 grudnia 2007
O poezji Denise Levertov słów kilka
 

Korzystając z nadmiaru wolnego czasu jaki oferują nam Święta miałem wreszcie wymówkę, żeby sięgnąć po tomik wierszy Denise Levertov „Żółty tulipan” w wyborze i przekładzie Czesława Miłosza. Autorka o niezwykłym rodowodzie – córka rabina z Europy Wschodniej, który postanowił przejść na anglikanizm i Walijki, córki małomiasteczkowego mistyka, z początku komunizująca hipiska, pod koniec życia zafascynowała się chrześcijaństwem. Równie dziwny splot zdarzeń spowodował, że książka ta trafiła w moje ręce. Otrzymałem ją jako prezent urodzinowy od znajomego, który poezję kochał mniej więcej tak samo intensywnie jak towarzysz Gomułka jazz, czyli albo chciał pozbyć się zbędnego przedmiotu zawadzającego na półce, albo też zaszedł przypadkiem do księgarni i wybrał tytuł na chybił-trafił.

W obu przypadkach chwała mu za to, gdyż nieświadomie pozwolił mi odkryć poetkę, która w swoich najlepszych wierszach potrafi w paru słowach, jakby kilkoma niedbałymi pociągnięciami pędzla, odmalować fascynujący i niepokojący świat przyrody, a przy okazji wyrazić swój podziw i oddać mu hołd. Levertov łączy ostrość widzenia szczegółu ze zwięzłością godną mistrzów haiku, jej opisy łagodnie przechodzą od naturalistycznej bezpośredniości do lirycznego hymnu. Jej wiersze są jak chwile zamknięte na ułamek sekundy w dłoni, by móc rozkoszować się nimi, póki czas, gdyż „każda minuta minutą ostatnią”. Życie to czerwona salamandra, „tak zimna i tak łatwa do schwytania” i „trawa tak zielona, że każde lato wydaje się latem ostatnim” („Żyjąc”).

Gdzieś pośród tych bezkresnych sił przyrody plącze się człowiek. Porusza się ślepo, nieustannie badając kształt gór, drzew i kwiatów, rozumiejący niewiele i ciągle za późno. Poetka zastanawia się, jakie było pierwsze słowo wypowiedziane przez człowieka i dochodzi do wniosku, że musiał być to niezrozumiały okrzyk podziwu: „To! To!”, wyrażający nieznane, „cokolwiek, z aprobatą, nawet przed nazwaniem” („Mowa pierwotna”). Niezwykły dar wyrażania uczuć gęstych i skoncentrowanych w kilku słowach najlepiej widać w wierszu „Okazja” poświeconemu jej sennemu marzeniu, w którym spotyka ojca pod postacią małego chłopca: „Korzystam z tego, żeby mu powiedzieć:/wiele zdarzyło się w ciągu lat/wiele podróży/po świecie i wewnątrz mnie samej./Po drodze uwierzyłam/w prawdę, w którą ty wierzysz.” Być może Levertov nie zdążyła wypowiedzieć tych słów przed jego śmiercią, lecz jeśli kiedykolwiek do niego dotarły, trudno sobie wyobrazić bardziej wzruszające świadectwo duchowej jedności między ojcem i córką.

Niestety w innych wierszach Levertov miłość między kobietami i mężczyznami jest podszyta goryczą i samotnością, lub jest zgoła mieszanką zwierzęcego przyciągania i odrażających gestów. Jak w wierszu „Głuchoniemi”: „Te chrząknięcia mężczyzn/kiedy mijają kobietę (…) czy są rodzajem melodii,/brzydką pieśnią śpiewaną/przez ptaka z rozciętym językiem,/choć miała być muzyką?”. Pomimo tej dojmującej brzydoty kobiety odczytują owe gesty jako przejaw uznania, czy nawet hołdu składanego przez istoty niezdolne wznieść się na wyższy poziom uczuć. I wbrew sobie muszą te kalekie chrząknięcia przyjąć jakby to była Pieśń nad Pieśniami, nie są w stanie ich odrzucić. Lecz proces dochodzenia do takiego stanu rzeczy jest długi i niełatwy, poetka w finale konstatuje z goryczą, że zanim nadejdzie zrozumienie „życie, jedno po drugim mija/bez poezji, bez urody, bez miłości”. Aż boję się pomyśleć: co jeśli nie pomyliła się także w tej kwestii?     

12:36, jakub_krakauer
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 listopada 2007
Nie przenoście nam stolicy?

    A właściwie dlaczego nie ? Może wszystkim nam wyszłoby to na zdrowie, gdybyśmy przesunęli ją nieco na zachód. Na przykład do Poznania. Dobry pretekst podszeptuje Prof. Krzysztof Pomian w wywiadzie dla GW: „Przede wszystkim w zakresie kultury życia codziennego (…) istotne różnice występują w samej Polsce. Kiedy pan przyjeżdża do Poznania, ma pan poczucie, że na ulicach jest czyściej niż w Warszawie. O Rzeszy Wilhelmińskiej - pod której zaborem była Wielkopolska - można powiedzieć wiele złego, ale była ona państwem prawa. Samo pojęcie - Rechtsstaat - stamtąd się wywodzi.”

Marzymy o czystych miastach bez wandalizmu, sprawnych sądach, kompetentnej administracji, dla której będziemy partnerem, a nie jedynie natrętnym petentem? Jeśli jest zupełnie odwrotnie, to jednym z najważniejszych powodów, jest przesunięcie środka ciężkości Polski w stronę dawnego zaboru rosyjskiego. Pozostawanie przez ponad 120 lat pod butem prymitywnego carskiego urzędnika, reprezentanta państwa zamordyzmu par excellence, które zaczęło się powoli cywilizować pod koniec XIX wieku, żeby na początku XX utonąć w bolszewickim barbarzyństwie, wycisnęło na Warszawie trudne do zatarcia znamię. Po krótkiej przerwie na okres międzywojenny dzieło kontynuowała władza ludowa z importu sowieckiego, przenosząc styl działania starszych stażem towarzyszy. Miała ułatwione zadanie, bo spora część inteligencji wolała bohatersko iść z Koktajlami Mołotowa na czołgi w nierównej walce z Niemcami ustępując pola komunistycznym „elitom” ze społecznego awansu. Przebudowawszy stolicę według swojego gustu rządziły nią przez kolejne 45 lat umacniając w ludziach przekonanie, że władza służy do pomiatania obywatelem, bo przecież zapewnia mu podstawowe środki do życia. A ludzie to kupowali popijając transakcję tanią wódką i herbatą ze szklanki, zagryzając ogórkiem i zachwycając się ortopedycznymi butami kelnerek czy też coraz lepszymi wynikami w wytapianiu stali.       

Dziś, kiedy wreszcie mamy własne państwo, ta bardziej rzutka, sprytniejsza część ludzi nie traci czasu na reorganizację przestrzeni publicznej, budowanie społecznych więzi, czy szacunku dla instytucji państwa.  Za to chętnie kupuje styl życia reprezentowany przez amerykańskie produkcje telewizyjne z lat 90 i szkołę jedzenia bezy Pani Kwaśniewskiej. A w chwilach radości upija się po staremu, jak jej mąż zwykł to czynić podczas wizyt zagranicznych (to są te łże-elity, których nienawidzą Kaczyńscy, nie bez powodu zresztą, trudno nie skrzywić się z niesmaku oglądając takiego Kwaśniewskiego).

A w Krakowie na Rynku Głównym wciąż urzęduje oficjalne przedstawicielstwo Wiednia. Czyli jeszcze nie wszystko stracone...

11:53, jakub_krakauer
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3