poniedziałek, 24 maja 2010
Ciało obce
Rafał A. Ziemkiewicz "Ciało Obce", wyd. Świat Książki
Z powodu szczęśliwego zbiegu okoliczności – sporej dawki wolnego czasu wieczorami i niewielkiej ilości dostępnych książek – czytam ostatnio co popadnie. Podróże kształcą, jak głosi stara mądrośc ludowa.
A teraz zagadka. Co robi młody, ideowy, polski prawicowiec, który przeżywa podwójny dramat: dowiaduje się, że jego ojciec – znany opozycyjny pisarz – był tajnym współpracownikiem SB, a jego prawicowe pisemko bankrutuje? Gdzieś w przerwach między imprezami, chlaniem, chałturzeniem, płodzeniem dziecka, zostaje pierwszym w Polsce wybitnym specjalistą od zarządzania. Pisemko oczywiście bankrutuje, nie dlatego że jest źle zarządzane, tylko dlatego, że rząd dusz w kraju trzyma Gazeta Wyborcza, czyli generacja jego ojca (patrz dwa zdania wyżej o ojcu). Zagadka numer dwa: co robi wybitny specjalista od zarządzania, kiedy nie może się spełnić się w małżeństwie? Oczywiście zdradza żonę i, jakże by inaczej, przyznaje się do zdrady. Kiedy zdradzona żona postanawia odejść, akcja nabiera tempa. Przerwy w piciu stają się coraz rzadsze, bohater kupuje nowy apartament, jest stałym klientem trzech agencji towarzyskich, żeby nie zostać wziętym za seksoholika (cytuję). Do tego trzeba jednak portfela pełnego twardej waluty. Co robi nasz wybitny specjalista od zarządzania? Przyjmuje zlecenie na audyt w Holdingu doktora Hansa, najbogatszego Polaka. Hola, hola! Doktor Hans uosabia przecież wszelkie zło III RP, które bohater piętnował niegdyś w swojej gazetce. Czy dzielny doktor nauk ekonomicznych zdoła przechytrzyć samego diabła który, jak wiemy z Mickiewicza, niemieckie nosi imię?
Szczerze mówiąc, nie.
Powieść Ziemkiewicza od publicystyki różni przede wszystkim zawartość pornografii. W publicystyce nie ma jej wcale, a szkoda. Śmiesznie byłoby przeczytać na łamach Rzeczpospolitej albo Gazety Polskiej raport o tygodniowych przygotowaniach do stosunku sado-maso, albo o pożytkach płynących ze spuszczania się w usta uwag kilka.
Bohater i narrator powieści R.A. Ziemkiewicza siedzi w pociągu relacji Warszawa Centralna – Suwałki, pije wódkę i opowiada. Dlaczego akurat w tym pociągu? Bo od Białegostoku wlecze się jako osobowy, czasu w sam raz na krótką powieść. Strach pomyśleć co będzie, jak Rafał A. Ziemkiewicz wsiądzie do pociągu relacji Przemyśl – Świnoujście.
sobota, 31 października 2009
Czekając na Turka w Krakowie
Granica polsko – słowacka. Ławka, zardzewiały szlaban, sklep z wódką i piwem mieszczący się w stalowej budce. W takiej scenerii rozgrywa się komediodramat Andrzeja Stasiuka „Czekając na Turka” (reż. Mikołaj Grabowski), napisany w ramach programu „After the Fall”. Bohaterami są: stary, emerytowany pogranicznik (tęskniący za Polską Ludową), który nie może pogodzić się z otwarciem granic i nowy strażnik („młody, dynamiczny”, pracujący wcześniej w mitycznym Londynie) zatrudniony przez tytułowego Turka – tajemniczego biznesmena, który wykupił ów teren, na którym dawniej znajdowało się przejście graniczne. W tle mamy jeszcze sprzedawczynię w sklepie z alkoholem po słowackiej stronie, która w tradycyjny sposób marzy o „wyrwaniu się stąd” i chór „emerytowanych przemytników”, którzy od czasu do czasu biorą udział w akcji, ale najczęściej w niezwykle dowcipny sposób komentują wydarzenia, niczym chór w antycznym teatrze.
Wielbiciele Stasiuka odnajdą w tej sztuce znane tropy. Widzowie, którzy jego twórczości nie znają, dostaną przekaz, który różni się bardzo od urzędowego optymizmu. Świat starego pogranicznika był może siermiężny, ale szlaban graniczny nadawał mu ramy i wyznaczał porządek, który mogli łamać przemytnicy i na którym zarabiała sprzedawczyni alkoholu. Młodzi przeciwstawiają temu dość ogólnikową wizję pod tytułem „by coś tu się wreszcie zmieniło”, ale nie mają żadnego pomysłu, czekając jedynie na tajemniczego Turka jak na Boga. Marzenia są banalne. Młody strażnik opowiada sprzedawczyni ze sklepu z wódką, że Londyn jest jak niekończący się film. – A kim ja mogłabym być w tym filmie – rozmarza się kobieta. – Ano – sprzedawczynią w sklepie z wódką! Jest jeszcze wiele zabawnych dialogów, jak choćby dyskusja przemytników o mniejszościach narodowych. Obudzona tą wrzawą słowacka sprzedawczyni krzyczy do nich: a co wy od rana o tych Żydach?. Przemytnicy chórem: jesteśmy Polakami, królowo naszych marzeń!
Wśród wielu utworów artystycznych roszczących sobie prawo do oceny tak zwanej „polskiej rzeczywistości” po 1989, utwór Stasiuka wyróżnia się lekkością, dystansem i ironicznym poczuciem humoru, wyrażanym z perspektywy „sierot po Schengen, których życie jest warte tyle, co towar bez cła” – jak mówią o sobie przemytnicy. Stasiuk nie kryje swojej sympatii dla nich, przy jednoczesnym lekceważeniu kryształowego pałacu Europy Zachodniej (nuda i jeszcze raz nuda), co rozzłościło np. krytyków Gazety Wyborczej http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53581,6777479,Hit__Teatr_Dramatyczny_w_Warszawie___Smierc_i_dziewczyna_.html
Jeśli red. Derkaczew pisze, że spektakl niepostępowy, tym bardziej warto go zobaczyć. Nie tylko dla miłośników środkowoeuropejskiego spleenu.
A. Stasiuk "Czekając na Turka" reż. Mikołaj Grabowski, Teatr Stary w Krakowie
sobota, 14 lutego 2009
Kino Valentino
Polska premiera „My blueberry nights” Wong Kar-Waia zbiegła się z walentynkowym weekendem. Chciałbym żeby był to dowód na niezwykłą odwagę rodzimych dystrybutorów, choć bardziej wierzę w przypadek. Cieszmy się jednak i z takich przypadków. Kiedy głos zabiera reżyser, który na festiwalu w Cannes ma już chyba zagwarantowane miejsce dożywotnio, trudno przejść obojętnie. Powiedzieć, że Kar-Wai stworzył niepowtarzalny i wyrazisty styl narracji, to popaść w małpi trywializm. Ogłosić, że w każdym filmie wyczuć można – niczym firmowy stempel – niewidzialną rękę reżysera, to, przepraszam za wyrażenie, oczywista oczywistość. Wong Kar-Wai zbudował coś znacznie ciekawszego i przekraczającego wąskie ramy sztuki filmowej – stworzył samego siebie. Genialnego artystę z Hongkongu, rozpieszczanego przez krytykę i ubóstwianego przez liczną grupę wiernych fanów, którzy wielbią go za to, że w jego filmach odnajdują zawsze tę samą nutę. Nie jestem ani wielbicielem Wonga, ani też zajadłym krytykiem. Ponieważ miałem okazję zobaczyć „Jagodową Miłość” znacznie wcześniej, chciałbym zachęcić do jej obejrzenia, pomimo polskiego tytułu sugerującego łzawą komedię romantyczną w stylu kino Valentino. Niech też nikogo nie przeraża Norah Jones w roli głównej. Na przystawkę są jeszcze Natalie Portman (jak zwykle boska) i Jude Law. Bohaterka grana przez Jones, załamana z powodu miłosnego zawodu, odwiedza małą knajpkę w NYC, gdzie przegaduje długie godziny z barmanem (Law). Później wyjeżdża na głęboką prowincję, by pracować jako barmanka, poznaje policjanta-alkoholika, oraz nałogową hazardzistkę. Jest to film nie tyle o miłości, co o dojrzewaniu i pozbywaniu się iluzji. Niespodzianką jest to, że reżyser postanowił zagrać na obcym boisku i nakręcił film w realiach USA. W przeciwieństwie do malowniczych zaułków ciasnego Hong Kongu (które były osobnym bohaterem, choćby „Spragnionych miłości”), Ameryka kusi wielkimi przestrzeniami i elementy kina drogi również musiały znaleźć się w tym filmie. Wreszcie, reżyser postawił na względną prostotę narracji i ograniczył do niezbędnego minimum użycie symboli (zaginione klucze, które zbiera barman Law). Jednym słowem nakręcił film „po bożemu”, na nieprosty temat, gdzie łatwiej niż zwykle o patos lub śmieszność. I po mistrzowsku ich unika. Wielbiciele Wong Kar-Waia będą być może lekko rozczarowani, ci zaś, którzy do tego grona nie należą powinni sięgnąć po ten film, gdyż zniechęcony reżyser zapewne bardzo szybko powróci do tego, za co jest wielbiony – czyli do bycia Wong Kar-Waiem.
sobota, 30 sierpnia 2008
Studenckie podróże kulinarne - Dżonka
Przed Olimpiadą w Pekinie dziennikarze próbowali wcielać w życie rozmaite utopijne pomysły, na przykład przeżyć dzień bez używania przedmiotów wyprodukowanych w Chinach. Oczywiście zamiary spaliły na panewce. Zastanawie mnie tylko dlaczego, w zalewie importowanej chińszczyzny, tak trudno o przyzwoitą, oryginalną knajpkę chińską w Warszawie? Co się stało, że przygniatająca większość orientalnych lokali w Stolicy smakuje, jakby ich właściciele byli w zbiorowym układzie z producentami przypraw pt. „5 smaków”? Miałem ochotę na chińszczyznę już od dawna, ale to pragnienie wykrystalizowało się podczas spaceru ulicą Hożą. Niewielki, ale przytulny lokal „Dżonka” znajduje się niedaleko skrzyżowania z Marszałkowską. Zaledwie kilka stolików, brak kiczowatych obrazków malowanych na szkle i szerokich luster. Za to na ścianach duże grafiki prezentujące litery chińskiego alfabetu, a tuż przy wejściu oprawione w antyramę kopie artykułów prasowych, sławiących tutejszą kuchnię. Co oczywiste, nie należy się spodziewać kulinarnych Himalajów, ale w kategorii „niedroga, bezpretensjonalna restauracja”, Dżonka jest moim nowym czarnym koniem. Skosztowałem „Spring Rolls” z warzywami, czyli po prostu zawijasów z ciasta naleśnikowego, w sam raz na ujarzmienie pierwszego głodu. Zresztą, bardzo szybko pojawia się danie główne: ryba po syczuańsku. W bardzo cienkim cieście, rozpływająca się w ustach, a nie pod widelcem, czyli taka, jak Pan Bóg przykazał. Ryba pływała w sosie, któremu należy się osobna elegia. Gęsty, choć nie znać w nim było żadnych zagęszczaczy, smoliście czarny i lekko słodkawy. Aby otrzymać taki sos bez chadzania na skróty, trzeba go odpowiednio długo redukować na wolnym ogniu. Efekt doskonały. Wszystko popiłem mrożoną zieloną herbatą własnej roboty i tak pokrzepiony z większym optymizmem ruszyłem przedzierać się przez sowiecko-monumentalne ulice MDM. Nareszcie lokal, do którego można bez wyrzutów sumienia, ale też nie rujnując sobie portfela, zaprosić towarzysza/towarzyszkę, gustujących w azjatyckiej kuchni. To dla mnie wyjątkowo cenna wiadomość na nadchodzący miesiąc.
piątek, 01 sierpnia 2008
O Powstaniu bez zmian
Nie ma rady. Muszę powtórzyć wpis sprzed dokładnie roku. A właściwie fragment wiersza Ewy Lipskiej. Nikt nie opisał zwięźlej i lepiej (bo zwięźle) istoty Powstania Warszawskiego. "Był już taki egzamin z historii kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. I został po nich uroczysty cmentarz.
Nie ma pewności że to był egzamin. Nie ma pewności że wszyscy oblali. Jest pewność że został po nich uroczysty cmentarz."
piątek, 25 lipca 2008
Drożyzna panuje w Warszawie
Wbrew zapewnieniom polityków partii populistycznych, w Polsce mamy do czynienia ze wzrostem inflacji, ale nie z „drożyzną”. Z jednym wyjątkiem – Warszawy. Według raportu firmy Mercer (podaję za „Dziennikiem”) stolica Polski zajęła 37 miejsce w rankingu najdroższych miast świata, dystansując - chociaż w tej jednej dziedzinie – Sztokholm, Luksemburg i Brukselę. Pal licho mocną złotówkę. Według twórców raportu za obiad z winem w restauracji w Brukseli zapłacimy 8 euro, podczas gdy w Warszawie 15, to prawie dwa razy więcej. Najsmutniejsze w całej sprawie jest to, że na różnicę ceny nie wpływa osłabienie euro, tylko horrendalnie wysokie ceny wina. Polska nie należy do cywilizacji winorośli i z wypada się z tym pogodzić, choć z ciężkim sercem. Wypicie dobrej butelki w restauracji w Warszawie jest zabójcze dla portfela przeciętnego obywatela i trudno się dziwić, że kompanie piwowarskie trzymają się mocno. Niskie obroty importerzy i sprzedawcy detaliczni wetują sobie wyższymi marżami. Przy okazji państwo pobiera też niezłe podatki (według szerokiej definicji tego słowa), ponieważ chce chronić rodzimych producentów napojów wyskokowych. A klienci boją się ryzykować sporych pieniędzy na butelkę wina i koło się zamyka. Niestety to nie wszystko. Z powodu ograniczonego popytu na wino restauratorzy windują ceny i przenoszą je na „wyższą półkę”, robią z niego towar luksusowy. Dla tych nielicznych klientów, którym największą przyjemność sprawia położenie na stół plastikowej karty w kolorze złota. Mniejsza o wino, im droższe, tym lepsze. Mam wrażenie, że powyższy mechanizm stosuje się nie tylko do wina, ale w ogóle do wielu restauracji w stolicy. Na szczęście wybór restauracji jest większy niż win i nie widmo modelu moskiewskiego – gdzie jest przepaść pomiędzy drogimi lokalami dla oligarchów i resztą – powoli się oddala. Niestety, do Brukseli wciąż daleko.
środa, 16 lipca 2008
Z Mrożka
Z listu do Wojciecha Skalmowskiego (24 maja 1972) „Zdaje się, że byłem bardzo naiwny, kiedy ruszałem na Zachód. Padłem ofiarą propagandy komunistycznej, która przedstawiała Zachód jako kraj wrogów socjalizmu, podczas kiedy jest akurat odwrotnie.” A jak jest teraz? Mrożek znów wyjechał na Zachód…
środa, 25 czerwca 2008
O dostrzeganiu szczegółów
Wróciłem i włączyłem telewizor. Po raz pierwszy od kilku miesięcy. Akurat leciał pierwszy odcinek filmu dokumentalnego pt. „Trzech kumpli” o kulisach śmierci Stanisława Pyjasa. Tym razem miałem szczęście, gdybym spóźnił się o godzinę, choćby ze względu na korek na autostradzie, trafiłbym na rozmowę Kuby Wojewódzkiego z Tatianą Okupnik, albo na coś jeszcze gorszego sortu. Zadziwiające jest, jak sprawnie telewizja potrafi przepuścić wszystko przez jednolitą maszynkę do mielenia, zaserwować widzowi posiłek, w którym na przystawkę poda kryminalny serial, na główne danie rasowy dokument, a na deser pląsy i grymasy Kuby W. Całość doprawiona „filmami reklamowymi”. Ale nie o telewizji chciałem mówić, tylko o tym, co mnie zadziwiło w filmie o trzech przyjaciołach. Kwestie tego, kto na kogo donosił, kto był konfidentem i z jakich powodów interesują już chyba tylko samych zainteresowanych i krąg ich najbliższych przyjaciół. Czy można ich uznać za wariatów żyjących duchami przeszłości? Co to kogo obchodzi, przecież życie toczy się dalej, mamy dziś inne wyzwania i problemy całkiem odmiennej natury. Najciekawsze w tym filmie, pomijając wątek kryminalny, są właśnie obrazki z życia codziennego w PRL-u w latach 70-tych. Grupka zapaleńców rozlepia po ścianach plakaty i nawołuje do bojkotu juwenaliów, tymczasem po drugiej stronie Rynku w Krakowie życie toczyło się swoim rytmem. Juwenalia jednak się odbyły, wybrano po raz kolejny „Najmilszą Studentkę Krakowa”, która, zapytana po latach o wspomnienia z 1977 roku, potrafi powiedzieć tylko tyle, że ludzie żyli nauką, sprawami osobistymi i chyba coś tam się działo, jakiś wiec, ale w jakiej sprawie – trudno powiedzieć. A później wyznanie byłego oficera SB – „przeciętnie prymitywnego” według słów samego maestra psychologii Maleszki – o tym, że dzięki ich działalności, Pyjasa, Wildsteina, zaszły w Polsce pozytywne zmiany, dzięki którym on, oficer SB, może prowadzić swój biznes i wygodnie żyć. Wiele w tym cynizmu, ale warto zadać sobie pytanie: czy ten esbek w skórze biznesmena, nie jest dziś beneficjentem niewinnie rozlanej krwi. A może wcieleniem zdrowego rozsądku, którego tak często brakuje niepoprawnym polskim romantykom? Co było gorsze: Maleszka, który nie uniósł ciężaru bycia Młoszowym Ketmanem, czy cudownie bezmyślna naiwność Najmilszej Studentki Krakowa? Chwała Bogu, istniała garstka zapaleńców, która wierzyła, że może zmieniać świat własnymi rękoma i kawałek po kawałku udało im się tego dokonać. Tworzyli historię i ironią losu jest dziś ich rozgoryczenie: historia wyprzedziła ich oczekiwania, a ich samych zepchnęła na boczny tor. Jest jednak pozytywne przesłanie, mianowicie literatura, polityczne i filozoficzne dyskusje, wymiana myśli i krytyczna analiza, przelane na papier, potrafią mieć realny wpływ na nasze życie. To w zawalonych książkami, zadymionych, ciasnych klitkach rodziła się nasza wolność. Dlatego nie można przechodzić obojętnie wobec takich wyzwań, jak apel garstki studentów, by zbojkotować juwenalia w 1977 roku, wyzwań, które wcale nie przestały być aktualne, choć nie chodzi już o uczczenie zamordowanego studenta, ale chociażby o zastanowienie się, jak ma wyglądać przyszłość Polski. Inaczej będziemy tylko pasażerami na gapę w tym pociągu, jadącym w nieznanym kierunku.
sobota, 14 czerwca 2008
Polski Podolski?
Mój wykładowca socjologii politycznej, będąc kiedyś pod wpływem alkoholu, stworzył oryginalną teorię na temat identyfikacji narodowej. Otóż można na ten temat produkować opasłe tomy pełne finezyjnych konceptów, ale cały trud na marne, bo gdy zaczyna się regularne święto kibiców piłki nożnej, Euro, albo Mundial, na boisko wychodzą drużyny, ustawiają się w rzędzie, śpiewają swoje hymny narodowe, po czym zaczyna się gra. I nadchodzi moment nieuniknionej deklaracji. Jeszcze przy hymnach można od biedy zanucić dwie melodie, można pomalować pół twarzy na czarno, pół na zielono, ale gdy piłka w grze już nie da się ukryć emocji. Drużyna X ma idealną sytuację podbramkową i wykorzysta ją – kibic drużyny X wyskoczy z fotela, podniesie ręce do góry i będzie krzyczeć, kibic drużyny Y spuści głowę, westchnie ciężko, albo powie pod nosem „sędzia chuj”, czy coś w podobnej tonacji. Nie można jednocześnie podskoczyć z radości i ze smutkiem spuścić głowy. W przypadku piłkarza to jeszcze bardziej oczywiste. Piłkarz z definicji musi grać dla jednej drużyny, a drugą mieć za przeciwnika. Futbol jest pod tym względem jeszcze bardziej klarowny niż największe wojny światowe, gdzie można zmieniać fronty, sojusze, a nawet być podwójnym szpiegiem. W piłce podwójni szpiedzy nie istnieją, musieliby wtedy strzelać na zmianę, raz dla jednej drużyny, raz dla drugiej, co w obecności kilkudziesięciu tysięcy widzów na stadionie i milionów przed telewizorami rychło wyszłoby na jaw. Dlatego cała bajka o dwóch sercach Podolskiego jest niczym więcej, jak pisaną przez brukowce piłkarską wersją harlekina. Myślę, że najmniej ta sprawa obchodzi samego Podolskiego. Nie uwierzę, że na co dzień, grając w takim klubie jak Bayern Monachium, doświadcza równie rozdzierających wątpliwości, gdyż tam po prostu trzeba zacisnąć zęby i zasuwać. Tym bardziej na zgrupowaniu reprezentacji, gdyby trener miał najmniejsze wątpliwości co do determinacji Lukasa, czy wystawiłby go w meczu z Polską? Gdybym chciał zaryzykować teorię spiskową, powiedziałbym, że Bayernowi jest nawet na rękę ta „polskość” Podolskiego, gdyż w ten sposób przyciąga do klubu niemieckich kibiców polskiego pochodzenia. Tym niemniej sprawa jest jednak znacznie bardziej prosta: Podolskiemu z wielu względów łatwiej jest być Niemcem, więc pozostanie Niemcem. Jakie to względy – to już temat na naprawdę poważnym opasły tom.
niedziela, 25 maja 2008
Charków story
Czy ktoś z Was, drodzy czytelnicy, marzył kiedykolwiek, by wybrać się na wakacje do Doniecka? Wziąć długi urlop i pewnego słonecznego, lipcowego poranka zawitać do obskurnego hotelu w Charkowie i wynająć tam pokój płacąc za cały miesiąc z góry, po czym rozkoszować się spacerami i podróżami „podmiejskim” o piątej nad ranem, kiedy po peronie kręcą się tylko grzybiarze i milicjanci? Jeśli nie, to z pewnością dlatego, że nigdy w życiu nie mieliście w rękach książki Serhija Żadana. W jednym z pierwszych akapitów tak streszcza genezę powstania „Anarchy in the UKR”: „Mniej więcej rok temu w jakimś wywiadzie powiedziałem, że chcę napisać książkę o anarchizmie. Teraz już nie pamiętam, czemu tak powiedziałem, żadnej ochoty, by pisać taką książkę, wtedy nie miałem, no, ale to jeszcze nie jest powód, żeby nie pisać.” Podróż tropami dawnych ukraińskich anarchokomunistów jest istotnie jedynie pretekstem, by wyśpiewać tren ku pamięci swojej młodości, w tych pamiętnych latach osiemdziesiątych. Nie ma tu tradycyjnego lamentowania na biedę, na traumę Czarnobyla, są za to prowokacyjne sformułowania w rodzaju „Radziecka propaganda wykształciła we mnie miłość do życia”. I tę miłość do życia, do utraconej młodości w latach osiemdziesiątych, kiedy wszystko było jasne i przejrzyste, ludzie silni i odważni, a mętne piwo kupowało się litrami w polietylenowych torebkach, ją właśnie próbuje nam Żadan przekazać. Zdaniami długimi jak postoje ukraińskich pociągów na stacjach, chce wprowadzić nas w hipnotyczny stan podobny do tego, jaki musiał odczuwać przemierzając na bocznym siedzeniu ciężarówki swojego ojca gorące, wschodnioukraińskie stepy. Zapach spalin, taniej stołówki dla kierowców, palonej gumy… Cała książka najeżona jest precyzyjnymi opisami sensualnych doznań autora, który potrafi o nich pisać z większą czułością, niż o najwspanialszych zabytkach starożytnych cywilizacji. Przy czym, jak w wielu jego książkach, liryczne opisy i niebanalne metafory, przeplatane są krótkimi, ironicznymi uwagami, pisanymi z użyciem mocnego, czasem wulgarnego języka. Grając na przemian w tych dwóch tonacjach ma jednak, jako anarchista (były anarchista?), tendencję do prowokacyjnego, bezkompromisowego stawiania sprawy: „… nie dawaj im się robić w chuja, nie podłączaj się do sieci, nie chodź na wybory, nie wspieraj demokracji, nie bywaj na mityngach, nie wstępuj do partii, nie sprzedawaj swego głosu socjaldemokratom, nie wdawaj się w dyskusje o parlamencie, nie mów o prezydencie – mój prezydent…”. Ten prawie trzystronicowy monolog można by uczynić anarchistycznym credo, niestety nie da się go zacytować w całości (niezły jest też kawałek o rewolucji studentów spowodowanej wprowadzeniem talonów na makaron). Krytyka współczesnej demokracji i jawna tęsknota za młodością w ZSRR, czyżby zatem rodzaj sowieckiej, zdegenerowanej „Ostalgii”? To jednak zbyt duże uproszczenie. Żadan niczego nie potrafi potraktować poważnie, nawet własnych marzeń o rewolucji. Największą wartością „Anarchy in the UKR” jest umiejętność zmitologizowania nawet tak w gruncie rzeczy odrażającej krainy, jaką musiała być w latach 80 wschodnia, przemysłowa Ukraina. To krajobraz, o jakim musieli marzyć punkowi buntownicy w Wielkiej Brytanii. Nie ma czego rozpieprzyć, bo wszystko zostało rozpieprzone. Jest jakiś prezydent, ale nikt o nim nie mówi – mój, ktoś rządzi, ale nikt tego zbytnio nie odczuwa, jest propaganda, ale wydaje się jakaś swojska i zabawna. Ludzie nie przejmują się tym za bardzo, biorą z życia najlepsze kawałki, takie jak literatura i alkohol, mecze piłkarskie i niekończące się stypy i wesela. Prawda to, czy fałsz? A kto by się tym przejmował. Ważne jest, że Żadanowi chce się wierzyć, a kto nie wierzy, temu przysłowiowy charkowski Szewa pokaże „twardy, proletariacki fuck” Serhij Żadan „Anarchy in the UKR”, Czarne 2007
|
Zakładki:
Chwała nam i naszym kolegom
Czytajcie, a znajdziecie
|